New Age 2013 - Relacja z Orgówki

Data: 
06.05.2014, wtorek
Oczywiście nie będę za wiele zdradzał, raczej skupię się na spojrzeniu człowieka, który w grę nie był tak mocno zaangażowany, czego zresztą bardzo żałuje.

Na wstępie wyjaśnię kilka rzeczy. Przede wszystkim jestem już mocno zrażony do larpów. Po drugie – New Age, czy cokolwiek innego co robi Dracan w mojej ocenie jest najlepszym co się dzieje w tej kwestii w Polsce. I Honor of the North nijak tego nie zmienił – uważam, że to co było zaprezentowane stanowi absolutnie najwyższy poziom organizacji gier w naszym kraju. Choć dalej poziom amatorski.

Impreza kosztowała 200 złotych, ewentualnie trochę taniej z uwagi na zniżkę studencką czy przedpłaty. Ale docelowy koszt na uczestnika miał wynosić 200 złotych. To najwyższa kwotą jaką do tej pory zaproponowano na larpa. Za taką kwotę firmy eventowe robią już kilkugodzinne eventy, odbierając z tego jeszcze zysk i płacąc podatek. Zaś wymagania klientów w stosunku do firmy eventowej są dużo wyższe i dużo bardziej skonkretyzowane. Tymczasem New Age, choć miał wiele do tego, żeby się podobać, to zorganizowany idealnie nie był. Ja rozumiem Liveform, który nie robi tego zawodowo, nie wymagam od nich poziomu eventu korporacyjnego i nikt z uczestników pewnie również – znamy specyfikę środowiska, które wybacza wszystko – obsuwy, brak odprawek, brak rekwizytów, zmęczonego organizatora. To tylko hobby, znamy się, lubimy – jest to do przyjęcia.

Jednak Liveform powinien tego wymagać sam od siebie. Żeby poziom ten podnosić, oferować usługę na najwyższym poziomie. Bo z biegiem czasu coraz więcej osób zacznie sobie zadawać pytanie – czy warto te 200 zapłacić. To będzie proces bardzo długotrwały, ale już jego rozpoczęcie będzie poważnym zagrożeniem dla polskich larpów. Jeśli bowiem przyzwyczaimy się, że błędy które zdarzają się larpom darmowym czy za pół darmo (jak te na dużych konwentach), to nigdy nie uda się nam rozwinąć larpów do satysfakcjonującego poziomu. Żeby była jasność – cała ekipa Liveformu pracowała na najwyższych obrotach, cały czas i na żadnym innym larpie nie bylibyście tak obsłużeni bez słowa sprzeciwu czy wypominania jak mu tu ciężko się zacharowywujemy. Piszę te gorzkie słowa jednak po to, żeby nie umknęły w natłoku szczerych i zasłużonych gratulacji i podziękowań. Gratulacji i podziękowań dotyczących jednak kompletnie innych rzeczy, niekiedy nie związanych z pracą organizacji.

Zeppelin Assistance był na nogach właściwie cały czas i do samego końca wykonywał swoje obowiązki. Nie widziałem tak zgranej ekipy na żadnym innym larpie i cieszę się że mogłem z wami pracować. Chcąc się nauczyć robić larpy przy was potwierdziły się moje przypuszczenia – żeby larp był dobry, trzeba mieć zgraję Kulisów, którzy wykonają bez gadania twoje polecenie. Tutaj ta zgraja kulisów była, chętna i gotowa żeby działać. Dlatego mimo problemów z fabułą – wszystko odbywało się sprawnie. Chwała za to Liveformowi, podziwiam, że udało się wam zbudować tak sprawny zespół.

Jednak nasz półoficjalny charakter – trochę gracze, trochę nie – sprawia, że panuje zbyt duże rozprzężenie. Jednak to nie to stanowi problem. Problemem jest ZŁE ZARZĄDZANIE ludźmi. Doszliśmy bodajże z Fredem do takiej konstatacji, że wśród wielu organizatorów jest zbyt wiele ludzi, którzy mają przekonanie o własnym organizacyjnym zmyśle. Nie ma się co dziwić. Wszak bawią się w organizacje z jakiegoś powodu, pewnie nie od dziś. Nikomu tego zmysłu nie odmawiam. Ale w tej sytuacji zabrakło kogoś kto tymi zasobami ludzkimi by zarządzał. Widziałem to rok temu, gdy Dracan perfekcyjnie wywoływał eventy, odpowiednich animatorów. Wicher w lot wydawał rekwizyty. Obserwowanie tego to była przyjemność. Tutaj tego bardzo zabrakło. Dracan i Tuk odpowiadali za krzyżujące się zakresy obowiązków, poza tym byli wiecznie zajęci fabułą i Black Boxem. Poza nimi, nie było osób o takim zasobie wiedzy o scenariuszu, nie było również miejsca skąd można by to było wyczytać. Tabela eventów mówiła niewiele, skrótu scenariusza również nie było. A takiego co przeczytał całość (sam wyczytałem tylko swoje eventy) nie było. Brakował kogoś, kto tą fabułę, wydarzenia z wyobraźni przełoży na konkretne, proste cele, godziny, terminy, ludzi które nadają się do realizacji.

Niestety, zbyt wiele osób chciało objąć tą funkcję. I co ciekawe – chcieli tego kompletnie nie ambicjonalnie, żeby pokazać „co to nie ja”. To było piękne. Każdy w pewnym stopniu poczuwał się do tego, żeby poprawić tą grę i szczerze chciał swoim zmysłem organizacji to ogarnąć. Doprowadzało to do panicznych poszukiwań Dracana, Tuka, chaotycznych wyjaśnień przy graczach co trzeba ogarnąć i delegowania zadań. Dochodziło do tego, że zadania przekazywane innym wracały do delegującego. Zabrakło bosmana na mostku. Byłaby to fucha bardzo niewdzięczna, ale dla takiej formy, gdzie zgrać musi się fabuła, czas, rekwizyty, miejsce, dodatkowi animatorzy – NIEODZOWNA. Inaczej wszystko funkcjonuje właśnie z takim przymrużeniem oka o którym mówiłem na wstępie. Który nie pozwoli na rozwój.

Już kończąc pastwienie się nad tym, wspomnę jeszcze o podejściu do obowiązków. Animator podczas eventu profesjonalnego ma obowiązek być miły uczynny, ale jego głównym celem jest wykonanie powierzonego zadania. Nic go nie odciąga od tego, bo na nim wisi odpowiedzialność za jego wykonanie. Uświadomienie sobie takiego podejścia jest istotne, żeby ograniczyć liczbę delegowanej pracy, której było mnóstwo. Nikt jej bowiem nie przyjmie, gdyż ma swój zakres obowiązków. A już na pewno nie będzie wykonywał obowiązków zleconych przez uczestnika, co najwyżej zamelduje o tym wyżej. Pije tutaj do sytuacji z kotem. Warto to sobie uświadomić, żeby nie popełniać następnych błędów tego typu. To, że znalazł się w okolicy jakiś biedny kot, to nie jest problem organizatora, tylko kota i okolicy. Organizator wziął pieniądze za to, że będzie ogarniał grę, a nie jakiegoś kota. Animator powinien o tym zameldować i dalej to nie jego problem. Dać kota pani Jadzi kierowniczce ośrodka, schować go w głęboką dziurę i tyle. Nie mówię tego dlatego że jestem nieczuły dla kotków (nie mam kota, bo nie potrafię im niczego odmówić i nie chce się dawać terroryzować). Bo taka sytuacja zdarzy się nie raz – nie z kotem, to z psem któregoś z uczestników, uszkodzonym autem jakiegoś przejezdnego kierowcy, z kimś kto będzie musiał wrócić do domu, zapomniał czegoś, prosi animatora żeby mu coś kupił w sklepie. Wg mnie, na larpie który ma podwyższać poziom – naprawdę nie ma na to czasu. Bo serie takich głupot sprawiają, że czas na ważne rzeczy się kurczy. Piszę to głównie, żeby zebrać falę oburzenia uczestników. Być może jednak organizatorzy będą mieli odwagę w takiej sytuacji powiedzieć jednak że NIE, są ważniejsze sprawy.

Wszystkie te obserwacje mam, gdyż byłem nieco na boku organizacji. Zajmowałem się pirotechniką w sposób kompletnie dowolny. Dostawałem wytyczne co do godziny oraz efektu i miałem to przygotować. Nie robiłem nic innego, dopóki nie skończyłem. Niestety, pozostali animatorzy byli brani do wszystkiego i z doskoku. Tacy też są potrzebni, to krew każdego konwentu. Jednak tutaj wracam do naszego bosmana na statku – powinno być więcej osób o jasno sprecyzowanym zakresie obowiązków, chociażby odpowiedzialnych za poszczególne frakcje czy budynki (nie, nie mam pomysłu na podział, ale chętnie pomogę go wymyślić).

Kura napisała dużo o graczach i jak to przeczytałem, to byłem zaskoczony. Sporo graczy do mnie podchodziło pogadać. Myślałem, że po prostu potrzebują chwilę pogadać poza klimatem, a ja jestem najlepszym klientem do tego w okolicy. Nawet się trochę obawiałem, czy czasem nie psuje aż tak strasznie klimatu, chodząc tutaj w niekompletnym stroju, zostawiając piro czy kable na wierzchu. Ja bowiem widziałem, że wy wszyscy non stop gracie, trzymacie klimat i bardzo wam tego zazdrościłem. Nie mogłem uwierzyć że o 16 na larpie zrobiła się plaża i ludzie się trochę snuli. Uwierzyłem dopiero, kiedy zobaczyłem jak o 21 w mieście pojawiły się zjawy, zombie, kobieta z przyszłości a ludzie normalnie dywagowali, ktoś gdzieś strzelał, ktoś tańczył. A kuriozum to było, gdy podszedłem do knajpy, chce wejść, a ludzie mi mówią, że zamknięte, czekają aż otworzą. Otworzyłem pewny siebie drzwi i zobaczyłem Levisa mierzącego do mnie z kuszy. Wycofałem się pospiesznie i poszedłem sobie, nie rozumiejąc co tu się dzieje. Gdzie są ludzie, skoro w knajpie zabarykadował się człowiek z bronią? A takich akcji bywało coraz to więcej. Nie wiem czy mogę jednak mieć o to pretensje do graczy po 24 godzinach gry, jeśli w kwestiach fabularnych tyle było błędów: niewydanych, czy niepełnych kart postaci. Pewnie tak. Bo widziałem jednocześnie graczy, którzy wbrew wszelkim przeciwnościom, znudzonym spojrzeniom i głośnym śmiechom dalej grali. Ja nie jestem wielkim klimaciarzem, przechodzę na offtop błyskawicznie, bo mam raczej zabawę z przebywania z graczami, niż z postaciami. Ale dlatego wolałem się zgłosić do organizacji. Żeby innym nie psuć zabawy.

Z pewnością powinno wysyłać się wcześniej odprawki. Tym bardziej, że są gotowe. Ilość kłopotów związanych z ich brakiem przechodził ludzkie pojęcie. Mnóstwo rzeczy było jeszcze dopinanych na miejscu w trakcie chaotycznych rozmów z graczami, niekiedy trwały nerwowe negocjacje co do sposobu przeprowadzenia wątku lub błyskawiczne zmiany. Na domiar złego – skończył się toner. Tego można sobie było oszczędzić, a jednocześnie od graczy można by wymagać więcej znajomości świata.

Bardzo nisko też oceniam catering. Właściwie nie skorzystałem z niego ani razu, poza resztkami z gara w piątek. No, ale byłem org. Jednak obserwowanie tłoczącej się kolejki, w której stoją wszyscy, jedząc jak na dworcu, totalne wyjście z klimatu prosząc szefa delegacji żeby sunął dupę bo chcesz masło… NIE!! Uważam, że w takiej sytuacji, gdy nie ma zaplanowanych posiłków jako elementów fabuły, należy jednak postawić na zewnętrzny catering, który za normalne złotówki będzie wydawał jedzenie gdzieś obok terenu gry czy nawet na nim. Ale wówczas mamy pewność że starczy dla każdego. I o każdej porze. Bo catering który wydaje jedzenie, za które już ma zapłacone nie musi się martwić o nic. Wiedźmin w Byczynie pokazał to dobitnie, tutaj było trochę lepiej. Ale lepiej odejść od tej formuły. Jest droga i nikogo nie zadowala. A gdy jedzenie będzie sprzedawany przez firmę, która ma na tym zarobić – każdy będzie mógł dostosować menu do swoich potrzeb i portfela. A organizator może od tego jeszcze pobrać dobry procent, zamiast płacić i powiększać koszty akredytacji.

Kura napisała już o samym terenie i jego przygotowaniu. Było świetnie, było bardzo wygodnie i byłoby dobrze gdyby można tam było zagrać raz jeszcze. Wielkim problemem była jednak organizacja Black Boxa. Umiejscowienie go w orgówce powodowało, że kłębili się tam cały czas gracze, a nam brakowało magazynu, w związku z czym wszystko się gubiło. Na przyszły raz zobowiązuje się więc przywieźć duży namiot wystawowy i grajcie tam sobie do woli.

Co do fabuły się nie będę wypowiadał, bo widziałem tam wiele problemów, ale właściwie w nie, nie wchodziłem i mam o tym jedynie pewne wyobrażenie. Jego esencją jest to, że zbyt mało osób znało fabułę – tak z organizatorów jak i graczy. Ale pamiętając zeszłoroczny New Age czy też bawiąc się w krótkich kilkuminutowych epizodach w tym roku zapamiętałem, że fabuła wręcz była dla mnie obciążeniem, bowiem najfajniejsze było odkrywanie kolejnych cudzych wątków, postaci, smaczków, questów. Przypominało mi to trochę dziecko wpuszczone do wesołego miasteczka, które nie może się zdecydować na jakiej kolejce jechać. Tak więc przychylam się do tego, że wymagało to więcej aktywności z strony graczy. Ale z drugiej strony – szpiegowska atmosfera wielkiej polityki wg mnie nie pozwalała sporej grupie się wyluzować, gdyż mieli istotne zadanie do wykonania, więc musieli trzymać fason. Prowadzi mnie to do oczywistej dla mnie prawdy – że larpy polegające na zebraniu wszystkich możnych tego świata u Ziutka za stodołą, to kiepski pomysł i dużo lepiej sprawdzają się gry o polityce danej okolicy. Przynajmniej na naszym poziomie.

Na koniec – Było fajnie. Ale fajnie jest zawsze jak się jest z fajnymi ludźmi i nie jest się w pracy. Na każdym innym konwencie terenowym, nie wspominając o stacjonarnym tyle by mi wystarczyło. Podsumowanie Dracana po grze było idealnym, szczerym opowiedzeniem o tym co się stało. I po raz kolejny – stawiam 100 złotych, że tylko Dracan jest na tyle odpowiedzialnym twórcą larpów, żeby graczy przeprosić, wyjaśnić, przyznać się do błędu i życzyć wszystkiego najlepszego. Myślę że to było dodatkowe 5 minut wszystkich uczestników tego larpa.

Ja swoje 5 minut dostałem – cały czas myślę o tym kim mógł być Hauptmann Kruger, o kimonach i sajgonkach. Ale od LiveForm-u po prostu wymaga się więcej. Więcej „pięciu minut”. Ja jestem przekonany, że jeszcze nie raz je dostanę…

Komentarze